O mnie i podsumowanie sezonu 2018

Dzień dobry 🙂

 

Mam na imię Jurand mieszkam nad morzem i powoli spełniam swoje marzenia o wielkim pływaniu.

Konstrukcją Setka zainteresowałem się w 2015 roku,gdy płynąc swoim poprzednim jachtem do Władysławowa mijałem flotyllę biorącą udział w Sailbook Cup.  W tłumie wypatrzyłem maleńki zgrabny jachcik, Setkę s/y Gringo, podpłynąłem bliżej żeby się mu przyjrzeć i jako armator wówczas prawie 10 metrowej jednostki westchnąłem „maly jacht mało problemów,duży jacht dużo problemów…”

Po pewnym czasie wyczesałem w czeluściach internetu dużo informacji o Setkach,o całej idei regat, o ludziach którzy pływają na nich. W między czasie śledziłem relację i z zapartym tchem obserwowałem trakingi jednostek płynących w SpA 2016 i klamka zapadła – stwierdziłem że też tak chcę. Na wiosnę 2017 razem z kolegą,obecnym armatorem Aussie zakupiliśmy od Pana Maderskiego plany setek. Termin rozpoczęcia budowy ustaliliśmy na październik 2017.  Niestety rzeczywistość szybko sprowadziła mnie na ziemię, okazało się że obowiązki zawodowe zamiast się rozluźnić, się zagęściły do 7 dni w tygodniu. O budowie nie było więc mowy.  Z tego właśnie powodu zdecydowałem się na zakup już zrobionego jachtu.   Łódź przemianowałem na s/y ALCZENTO.

W czerwcu udało się jachcik zwodować, dzięki Panom z Serwis Nautyczny,którzy urzędują w Górkach Zachodnich w JKM Neptun udało się dojść do ładu z elektryką,zamontować osprzęt elektroniczny, zespolić kadłub z kilem i wiele wiele innych.

Od razu po wodowaniu wraz z załogantką i narzeczoną w jednej osobie ruszyliśmy w dziewiczy morski rejs. Cel był jak najdalej na zachód, niestety mieliśmy tylko około tygodnia wolnego.

Po starcie z JKM Neptun pierwszym celem miał być Hel i dobra kolacja w Kutrze. Wiał wiatr z N więc już wiedzieliśmy że szybko nie będzie. Wiatr między 15-20 węzłów,fala z otwartego morza,pierwszy sprawdzian dla Setki i to w najmniej lubianych przez nią warunkach.Okazało się że płynie nie najgorzej ,prędkości 4 – 5 kt na wiatr, niestety kąt martwy bardzo duży,jednak i tak byłem zadowolony z tego że setka po mału łapała wysokość. Prędkość VMG w odniesieniu do Helu utrzymywałem na poziomie 2 kt,co dało łączny czas przelotu ok 8 godz. Bardzo podobała mi się reakcja setki na szkwały,szliśmy na pełnych żaglach, a pojedyncze porywy miały max 20-21 kt,czułem podczas nich,że mam za dużo,ale jednak nie miałem poczucia zagrożenia.

Drugi dzień to trasa Hel-Władysławowo, pierwsze testy genakera wypadły super,przy ok 12 kt wiatru,prędkość cały czas  6 kt, najwyższa chwilowa lekko ponad 8 kt. W połowie drogi flauta i na silniku do Władka. Po drodze miałem dużo przemyśleń odnośnie genakera,czy szoty poprowadzić normalnie czy po „australijsku”,i jak usprawnić jego stawianie.

Trzeci dzień miał się zakończyć w Łebie, zaraz za Rozewiem znowu flauta i silnik.Po drodze strefę przybrzeżną przykryła gęsta mgła,widzialność nie większa niż 50m. W myślach cały czas byłem zły na siebie,że jeszcze nie założyłem reflektora radarowego, ale troszkę AIS dodawał otuchy.Wejście do Łeby nie byłoby możliwe bez GPSa(mam stareńkiego ręczniaka Garmin 62s i bardzo polecam,przede wszystkim na bezawaryjność i wyświetlacz czytelny w pełnym słońcu). Główki portu wynurzyły się z mgły jakieś 20 metrów przed dziobem,a jakieś 30 sekund po mnie wpływał spory Hallberg-Rassy pod niemiecką banderą. Rozmawiałem później ze skipperem Hallberga,mówił że zobaczył mnie dopiero w kanale portowym.

Czwartego dnia wiało 5B z W, więc nie chciało mi się pchać do Ustki pod wiatr,poświęciłem ten dzień na wypłynięcie na cały dzień w morze.Bawiłem się różnymi ustawieniami żagli na różnych kursach, uczyłem sie jak najefektywniej pokonywać metrową czopowatą falkę przy kursach ostrych,no i najważniejsze pierwszy raz wpadłem na to,żeby w baksztagu opuścić płetwy stabilizujące. Co za wynalazek !!! :):):) Łódka z płetwami idzie jak po szynach,sterowanie pełnymi kursami tak nie męczy,trudniej o wywózkę do wiatru nawet będąc lekko przeżeglowanym,co jest trochę zdradliwe,bo jak już wywiezie to z opuszczonym płetwami ciężko wrócić na kurs.

Po przerwie w Łebie nadszedł najbardziej ekscytujący dzień tego rejsu,prognozy były 7B z NE,ale dopiero po południu. Troszkę wydawało mi się dużo jak na 5 metrową łódeczkę,ale miałem sztormowego foka, 60 m liny za rufę w razie gdybym tracił kontrolę.Czułem się przygotowany.  Wypłyneliśmy około godziny 0900 z ambitnym zamiarem dojścia do Kołobrzegu, niestety na drodze stały nam pozamykane wszystkie „szóstki”. Już około 1200 mimo niewielkiego wiatru 10-12kt zaczęła straszyć robiąca wrażenie około 2 metrowa martwa fala,obliczyłem,że silny wiatr przyjmiemy na całym foku i drugim refie grota,widziałem zbliżający się do nas łańcuch drobnych cumulusów i spodziewałem się że wraz z nimi nadejścia mocniejszych warunków. Tak jak się spodziewałem rozwiało się w ciągu 5 minut do ok 30 kt,setka pod takim zestawem żagli fruneła, zostawiająć bryzgi wody po obydwu stronach,największa prędkość chwilowa jaką zanotował GPS to 10,7 kt. Po ok godzinie wiatr zelżał do 25 kt,natomiast falę wybudowały się do regularnych 3 m , nieraz miałem wrażenie że sporo więcej 🙂  Z opuszczonymi płetwami stabilizującymi jacht porostu ześlizgiwał się z jednej fali i wjeżdżał na następną i tak w kółko.Fale jak domy pojawiały się za jachtem i nad moją głową, wyglądając jakby miały zaraz na mnie spaść,jednak każda z nich finalnie prześlizgiwała się gładko pod kadłubem.   Po północy gdy wiatr zelżał do 18-20 kt ustawiłem Alczento samosterownie metodą sheet to tiller i rozgrzewałem się w kabinie.O 4tej rano wiatr odkręcił na SE i tak bajdewindem wpłyneliśmy o 0700 w główki Kołobrzegu.  W marinie Solnej pozostawiłem go na prawie 3 tygodnie.

 

 

To były moje pierwsze chwile z Alczento i muszę powiedzieć że zaskakiwał mnie tylko pozytywnie. Okazało się że czułem się bezpiecznie,nie dokuczała mi ograniczona pojemność jachtu(z tym akurat nie mam problemu zwiedzałem świat motocyklem i minimalizm potrafi być naprawdę spoko),natomiast wrażenia których dostarczało pływanie tak blisko wody są niepowtarzalne!

Następne rejsy tego sezonu to były pływania Kołobrzeg-Łeba-Władek. Kilkakrotne wyjścia w morze bez określonego celu,a także kilkakrotne treningowe trasy Władek-Hel i z powrotem. Teraz jachcik stoi w porcie rybackim w Pucku i czekam na dogodną chwilę do wyjęcia. A w głowie tysiące przemyśleń,co trzeba zmienić,poprawić,zoptymalizować przed wielkim Atlantykiem.Najważniejszym wyzwaniem jest aktualnie samoster wiatrowy,prosty w budowie,bezawaryjny,możliwie precyzyjny. Cała zima przede mną.

serdecznie pozdrawiam

Jurand

Reklamy